Zeznanie XII (LPR/12/2015)

logo-wybrane_LPR-white

 

Uśmiechaj się, do każdej chwili uśmiechaj…
Andrzej

 

Występujesz w tej sprawie jako świadek, prawda?
Tak. I zdaję sobie w związku z tym sprawę, że składanie fałszywych zeznań jest karalne. Dlatego zamierzam mówić prawdę i tylko prawdę.

Zaprotokołowałam. W takim razie rozpoczynamy przesłuchanie. Jaka jest historia Waszego uczucia?
Poznaliśmy się w październiku 2009 roku. Typowa sytuacja – kobieta po przejściach, facet z przeszłością. Zmierzałem wówczas złą drogą, a Ona wyciągnęła mnie z otchłani, podała rękę. Była piękna, zgrabna, dla mnie ideał kobiecości. Zauroczenie od pierwszego spojrzenia, miłość, dosłownie szaleństwo. Znów chciało mi się żyć, byłem szczęśliwy, mimo pięćdziesiątki na karku czułem się jak małolat. Takiej namiętności nigdy nie przeżywałem. Ale jak to w życiu – beztroskę, radosne chwile i sielankę gdzieś po drodze dopadła codzienność. Demony przeszłości, ludzkie słabości, osobowość i charakter człowieka – prędzej czy później wyjdą na jaw. Oboje nie byliśmy już młodzi, a bagaż doświadczeń każdego z nas był zupełnie inny. Nie zawsze potrafiliśmy się dogadać. Wszystko działo się bardzo szybko – miłość, euforia, nieporozumienia, kłótnie, rozstania, powroty, namiętność. I tak w kółko. Nie pamiętam już ile razy i z jakiego powodu. Jedno jest pewne – związek był pełen emocji – nie brakowało w nim namiętności, radości, szczęścia, smutku, rozpaczy i łez. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść…

Jak pamiętasz początek walki z chorobą?
Pamiętam to jak dziś… Pewnego dnia wyczuwam w Jej lewej piersi mały guzek. Mariola z pewnymi oporami, idzie się przebadać. Lekarz nie stwierdza nic niepokojącego, badania w normie. W tym wieku to podobno normalne i trzeba tylko obserwować. Do kontroli za rok. Mija pół roku, a my oczywiście w tym czasie rozstajemy się na chwilę. Jednak w trakcie namiętnego ustalania warunków powrotu okazuje się, że jest coś nie tak. Doskonale pamiętam jaki był wtedy guzek, a jaki jest teraz… Jestem przerażony! Mariola jednak mówi, że przecież się badała i wszystko jest OK, nic się nie dzieje. Nie daję Jej spokoju, naciskam, że nie można czekać… Idzie więc, ale tym razem po kolejnej mammografii i USG piersi zlecają też biopsję. Wynik ma być 18 stycznia 2013 roku… Tuż przed Bożym Narodzeniem 2012 roku kłócimy się, Ona wyjeżdża do Londynu, do syna. Ma tam spędzić święta i Nowy Rok. Musi mieć mnie naprawdę dość, bo mimo moich zapewnień o miłości i propozycji przylotu do Londynu, aby spędzić Nowy Rok razem – nie godzi się i raz na zawsze, definitywnie, kończy naszą znajomość. To jest koniec! Z tego wszystkiego idę sam na sylwestra dla singli. Chcę zrobić Jej na złość. Jednak czas mija, moje myśli wciąż kłębią się wokół Marioli i nagle przypominam sobie, że 18 stycznia ma być wynik biopsji. Dzwonię tego samego dnia. Zapamiętuję z tej rozmowy tylko jedno słowo – RAK! Wieczorem przyjeżdżam do Jej domu. Wszystko jest jakieś nierealne i niedorzeczne. Mam wrażenie, że oglądam film. Mariola jest spokojna, opanowana, jakby nic się nie stało. Widzę w Niej ogromną siłę. Wiem, że sobie poradzi i nie mam żadnych wątpliwości – chcę z Nią zostać, przejść przez to razem! Chociaż tak naprawdę zupełnie nie zdaję sobie sprawy, co mnie czeka. Nigdy w swoim życiu nie musiałem stawić czoła takiemu wyzwaniu. Z jednej strony jestem zrozpaczony diagnozą, ale z drugiej – szczęśliwy, bo znów możemy być razem…

Jak stawiliście czoła leczeniu?
Teraz każdy dzień zbliżał nas do tego co nieuchronne. Pominę sprawy związane z załatwianiem jak najszybszego przyjęcia do szpitala, wszak żyjemy w Polsce i wszyscy wiemy, jak to wygląda. Mijały dni, do tej pory jakoś się trzymałem, jednak kiedy załatwialiśmy termin operacji z Jej koleżanką, która ma „wejścia”, usłyszałem różne fachowe stwierdzenia dotyczące mastektomii. Dotarło do mnie, że Mariola straci pierś. Nie wytrzymałem, nie potrafiłem tego opanować i wybuchnąłem płaczem. Miałem być wsparciem, a rozkleiłem się jak dziecko. Wstydziłem się tego. Z trudem się opanowałem. Mam wrażenie, że cały czas nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Ale przecież nie mogło być inaczej! Od tamtego momentu pogodziłem się z losem, wiedziałem że najważniejsze jest życie – Jej życie. Tłumaczyłem sobie, że brak piersi niczego nie zmienia, Ona nadal będzie tą samą Mariolą, w której się zakochałem. Kiedy została przyjęta do szpitala, a ja wróciłem do domu, poczułem się bardzo samotny i zagubiony. W końcu nadszedł dzień operacji, za wszelką cenę chciałem być wcześniej, żeby móc potrzymać Ją za rękę i dodać otuchy. Jednak wszystko ułożyło się inaczej, jak przyjechałem Jej już nie było – leżała na bloku operacyjnym. Ogarnęła mnie złość, rozżalenie, chciało mi się płakać, byłem zły na siebie i jednocześnie strasznie się bałem. Musiałem już tylko czekać na Jej powrót, a miałem wrażenie, że trwa to wieczność. Wreszcie przywieźli moją Mariolę, była taka bezbronna, słaba, blada i jakaś taka malutka. Z całych sił starałem się opanować, trzymając Ją za rękę. Powoli dochodziła do siebie po narkozie. Nie wiem jak to zrobiła, ale była opanowana, spokojna, nie rozpaczała. Wydawała się pogodzona z tym, co się stało. Uspokoiłem się, porozmawialiśmy. Pomyślałem – już po wszystkim, teraz będzie tylko lepiej. Jej postawa wzbudziła we mnie podziw. Przecież wiem, że dla Niej to najstraszniejszy koszmar. Cały czas nie wiadomo było, jak to się skończy. Jej życie podzieliło się na dwa etapy – przed i po. Musiała teraz uczyć się żyć na nowo. Ale była dzielna i to dawało mi siłę. Ja też zaczynałem nowy etap, też uczyłem się żyć na nowo. I choć nie miałem raka, też nie wiedziałem jak długo…

Jak odnalazłeś swoje miejsce w walce o zdrowie, o życie?
Musiało minąć prawie 3 miesiące zanim Mariola trafiła na stół operacyjny w DCO. Mimo wiszącego w powietrzu jakiegoś nieokreślonego zagrożenia, nic się złego w tym czasie nie działo. Natomiast pobyt Marioli w szpitalu i moje codzienne odwiedziny, stały się swoistym „chrztem bojowym”. Typowy zapach szpitala, chore kobiety leżące na sali, zewsząd widoczne cierpienie – to mnie przerażało. Przynosiłem jedzenie w słoikach, bo to szpitalne było delikatnie mówiąc mało apetyczne. Na początku chciałem jak najszybciej wyjść. Jednak z każdym dniem coraz bardziej oswajałem się z tą sytuacją. Kobiety okazywały się bardzo sympatyczne, życzliwe i wspierające się nawzajem. Było widać, że niektóre się lubią, inne są denerwujące, jedne są rozgadane i wesołe, inne małomówne i skryte. Przestał mi przeszkadzać zapach, zacząłem przychodzić bez stresu. Lubiłem patrzeć na Mariolę w piżamce, szlafroku. Zawsze była ładnie, dyskretnie umalowana. Można powiedzieć, że polubiłem też specyficzną, przyjazną atmosferę panującą na sali. Jedyne, co było bardzo niepokojące, to fakt, że prawie każdego dnia przybywała nowa osoba, a brakowało kogoś, kogo już zdążyłem poznać. Wiem, że wszyscy wracali do domu. Nikt za czasów moich odwiedzin na tej sali nie umarł, ale świadomość, że tyle kobiet zmaga się z nowotworem, jest przerażająca… Jest też pozytywne wrażenie – lekarze i pielęgniarki naprawdę robią wszystko, żeby pomóc i uratować ich jak najwięcej. Wróciliśmy do domu, wyniki histopatologii były dla mnie wielką zagadką, ale dowiedziałem się, że czeka Mariolę „czerwona chemia”, najgorsza podobno chemioterapia, ale jednocześnie uniknie radioterapii. Czy to są dobre, czy złe wiadomości? Jakie będą prognozy na przyszłość? Nie wiem, nic nie wiem. Nie wiem nawet, że teraz zostaniemy z tym zupełnie sami…

Skąd brałeś siłę, by nie stracić nadziei?
Wszystko, co dotychczas się wydarzyło, mogę określić jako pełną mobilizację do walki ze wspólnym wrogiem. Zwieraliśmy szyki, wyznaczaliśmy cel, współpracowaliśmy, dzieliliśmy obowiązki, było pełne porozumienie, nadzieja na wygraną także ogromna. Najważniejsze decyzje zostały podjęte. Nie było miejsca na żadne wątpliwości – wiedziałem, że jestem po dobrej stronie, że tego chcę, że jestem potrzebny, że to ma sens, i że Ją kocham – dlatego wytrwam! Takie przekonania dają siłę człowiekowi. Można wtedy naprawdę stawić czoła największym zagrożeniom. Z chwilą powrotu ze szpitala zaczął się drugi etap walki i tak naprawdę to był dopiero początek. Oczekiwanie na „chemię”, zmiany opatrunków, badania, wyniki, specjalna dieta i my przemieszczający się tylko w jednym kierunku – DCO i z powrotem. Po pierwszej „chemii” doszedł kolejny strach – kiedy zaczną wypadać włosy? Dla kobiety musi to być naprawdę wielka trauma! Przymierzaliśmy się do kupna jakiejś „fajnej” peruki. Dni mijały bardzo powoli, były podobne jeden do drugiego. Mariola dzielnie znosiła wszelkie uciążliwości i ból. Może nie było to na miejscu, ale odezwał się wtedy we mnie „samiec”, pragnąłem się z Nią kochać i nie zastanawiałem się, czy Ona akurat też tego chce. Nie przeszkadzały mi nawet dren i opatrunki. Nadszedł w końcu ten moment – choć od dawna spodziewany, czułem się zaskoczony, przerażony i bezradny. Włosy powoli zaczęły wypadać. Stopniowo efekt „chemii” się zwiększał, coraz więcej zostawało ich na grzebieniu, tworzyły się kołtuny. Teraz wystarczyło przesunąć ręką i wychodziły całymi garściami. Nie wiedziałem jak się zachować, żadne pocieszenia nic by tu nie dały. Byłem w stresie, nie potrafiłem tego ogarnąć. Pojawiły się pierwsze wątpliwości, strach co będzie dalej. Niby wiedziałem, że odrosną, ale w danej chwili było to przerażające i traumatyczne przeżycie. Patrząc z perspektywy czasu, mam wyrzuty sumienia, czuję się podle i chciałbym Mariolę przeprosić – nie zachowałem się jak facet, nie stanąłem na wysokości zadania, bo kiedy zapadła decyzja o ścięciu pozostałych włosów na bardzo krótko, jadąc do fryzjera i po perukę – pokłóciłem się z Mariolą. Nie wiem już o co, ale dołożyłem Jej wtedy nieźle, nie potrafiłem odpuścić, doprowadziłem do łez. Zupełnie bez sensu. Naprawdę żałuję… Takie sytuacje zaczęły zdarzać się częściej. Myślę, że był to objaw nie radzenia sobie ze stresem, z odpowiedzialnością. Czułem, że mogę nie dać rady. Miałem być wsparciem, a sam go potrzebowałem. Nie umiałem zapewnić bezpieczeństwa, sytuacja mnie przerosła. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale już „chorowałem” razem z Nią. Mimo wszystko, moje słabości powinienem umieć przezwyciężyć. Naprawdę za te wszystkie złe chwile chcę szczerze przeprosić…

Jednak wytrwaliście i stawiliście czoła kolejnym etapom leczenia. Co się działo w tym czasie z Waszym związkiem?
Peruka została dobrana, Mariola wyglądała w niej rewelacyjnie. Dren i opatrunki zdjęto, wszystko ładnie się goiło, włosy wyszły już całkowicie. Pamiętam, że uwielbiałem wówczas głaskać i całować Jej głowę. Bardzo szybko przywykłem do takiego widoku. Nadal była dla mnie piękna – myślę, że wtedy bardzo się do Niej psychicznie zbliżyłem. Nie wiem czy Ona też to odczuła, ale ja pamiętam tamten czas właśnie poprzez pryzmat Jej ślicznej, łysej główki. Bardzo mnie rozczula i wzrusza to wspomnienie. Było chyba 6 cykli chemioterapii co 3 tygodnie, więc około 180 dni minęło właśnie w takim tempie. Pamiętam jeden zupełnie fantastyczny moment – po powrocie z kolejnych badań kontrolnych Mariola była bardzo rozpromieniona i radosna. Okazało się, że jakiś całkiem młody przystojniaczek zaczął Ją podrywać proponując randkę. Paradoksalnie, też byłem szczęśliwy! Pamiętam także zły moment, kiedy to w dniu urodzin doszło do kłótni i zamiast spędzić go razem, wyszedłem obrażony. Nie jest teraz istotne dlaczego tak postąpiłem, nie ma znaczenia kto miał wówczas rację. Nie jest istotne z jakiego powodu robiłem tak jeszcze wiele razy. Ważne jest to, że wówczas miałem już naprawdę dość. Coraz częściej czułem się bezradny, opuszczony, niedoceniony… Ciągle najważniejsze były sprawy i potrzeby Marioli, dla mnie i dla moich potrzeb nie było już miejsca. Nie skarżę się, ale chciałbym się jakoś usprawiedliwić, bo wiara i dobre chęci czasami nie wystarczają. Wyzwania mogą nas przerosnąć. Przydałoby się wówczas jakieś wsparcie z zewnątrz, ale tak naprawdę byłem zupełnie sam i mam świadomość, że nie do końca stanąłem na wysokości zadania. Szczególnie, jak górę w podejmowaniu decyzji bierze własne ego. Jedynym oddechem był kolejny wyjazd Marioli do Londynu na święta i Nowy Rok. Choć spędziliśmy je osobno – było warto. Przerwa dobrze nam zrobiła, bo pisaliśmy do siebie bardzo ciepłe, zabarwione erotyzmem, pełne czułości maile i smsy. Poczułem tęsknotę i znów bardzo mi Jej brakowało. Wrócił spokój, pożądanie – miłość! Można powiedzieć, że przez ten okres byłem mało stabilny i rozchwiany uczuciowo. Kiedy z Nią byłem – chciałem uciekać, kiedy nie było Jej przy mnie – tęskniłem do bólu. Minął rok. Dokładnie w rocznicę operacji Mariola zorganizowała coś w rodzaju uroczystego podziękowania dla mnie i dla koleżanki, która Jej w tym czasie pomogła w kilku „kwestiach”. Byłem z Niej dumny. I z siebie też! Mimo wszystko wytrwaliśmy – to oznaczało zwycięstwo!

Choroba została daleko za Wami?
W pewnym sensie – tak, jednak zwycięstwo w jednej bitwie nie oznacza wygranej wojny, walka musi trwać nadal. Cały 2014 rok to wiele zwycięskich bitew, chociaż są też porażki – w sumie jednak bilans jest dodatni. Są plany na najbliższą przyszłość, u Marioli pojawiły się piękne, kręcone włosy, jest praca, nowe zainteresowania. Jesteśmy nadal razem i tu nic się nie zmieniło – kłócimy się, rozstajemy, wracamy, godzimy, kochamy, sprzeczamy, płaczemy, śmiejemy. Wiele dobrego wnoszą do Jej życia „Różowe Okulary”. Mariola rozwija swoje talenty: gra w golfa, śpiewa, tworzy małe dzieła sztuki, ma dużo nowych znajomych, pojawiają się też konkretne plany rekonstrukcji piersi. Wydaje się, że wróciła normalność. Dość ważnym i przełomowym momentem dla mnie jako osoby wspierającej był wyjazd na warsztaty psychoonkologiczne terapii simontonowskiej w lutym 2015 roku. Namówiła mnie oczywiście Mariola. Nie miałem zbytnio na to ochoty, ale zrobiłem to dla Niej. Pojechaliśmy do Krakowa na 6 dni. Pierwszego dnia byłem totalnie wycofany i spięty, podczas zajęć „odgrodziłem” się wirtualną szybą od tych wszystkich ludzi. Miałem wrażenie, że wysysają ze mnie całą energię, nie chciałem w to wchodzić. Jednak drugiego dnia zajęcia tak zostały poprowadzone, że zobaczyłem zupełnie innych ludzi, niż poprzedniego dnia. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale zacząłem czuć sympatię do nich wszystkich, utożsamiać się z ich zmaganiami, cierpieniem. Ale to było budujące! Trzeciego dnia nie mogłem już doczekać się zajęć, byłem naprawdę zadowolony i wdzięczny Marioli, że mnie namówiła. Zajęcia te pomagają wszystkim, nie tylko osobom chorym. Kiedy ostatniego dnia trzeba było się pożegnać, praktycznie wszyscy byli już przyjaciółmi i mieli łzy w oczach, łącznie z panią psycholog. Gdybym mógł podsumować swoje własne doświadczenia i przeżycia poznanych tam ludzi, to przekaz osób wspierających do osób chorujących jest następujący: żyj pełnią życia tu i teraz. Myśl zdrowo i pozytywnie o przyszłości. Pamiętaj, że też się o Ciebie boję. Mów otwarcie o swoich potrzebach. Bądź wyrozumiała – ja też potrzebuję Twojego wsparcia, też miewam gorsze dni, czasem chciałbym usłyszeć, że jestem dla Ciebie ważny. Mam prawo nie czytać w Twoich myślach, staraj się przyjąć do wiadomości mój punkt widzenia, jasno i wyraźnie przekaż mi swoje oczekiwania. Zadbaj o siebie, bądź na pierwszym miejscu, ale czasem pozwól się zamienić. Nie zawsze jest mi łatwo okazać uczucie, kiedy zmagasz się z realnym cierpieniem i widmem śmierci. Ja też się z tym zmagam, choć inaczej. Dzięki Tobie życie ma sens. Jestem wdzięczny za to, że jesteś, za to że życie z Tobą ma urok, za to że doceniasz mój wysiłek, za Twoją odwagę i siłę do walki, za aktywność w życiu, za to że mimo wszystko realizujesz marzenia, za pogodę ducha, za poczucie humoru, za dystans do własnej choroby, za wspólne przejście tej drogi…

Jak dziś myślisz o raku?
Co prawda nie był to „mój” rak, ale bardzo wiele zmienił w moim życiu – na lepsze! Przede wszystkim zrozumiałem, jak ważna i cenna jest każda chwila życia – stąd tytuł zaczerpnięty z tekstu przepięknej piosenki Anny German „Człowieczy los”. Każdy przypadek nowotworu jest inny, tak jak każdy człowiek, czy też związek. Dopaść może każdego i za każdym razem jego piętno odciśnięte będzie inaczej – wtedy każdy musi wyciągnąć swoje wnioski i przemyślenia. Można powiedzieć, że choroba jest konsekwencją czegoś, co wydarzyło się kiedyś w naszym życiu. Można powiedzieć, że jest po coś. Mam przekonanie, że człowiek się nie zmienia, ale podejmując takie czy inne decyzje może zmienić los, może przewartościować własne życie i priorytety, może wziąć od życia to, co jest najlepsze i najpiękniejsze. Nie zawsze sama choroba decyduje o życiu lub śmierci – TO MY DECYDUJEMY! Bo życie składa się w 10 procentach z tego, co Ci się przytrafi i w 90 procentach z tego, jak na to zareagujesz.

– przesłuchanie prowadziła psycholog Marzena Gmiterek


Linie Papilarne Raka to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Pomocy Chorym Onkologicznie „Różowe Okulary”. Przyjęliśmy założenie, że każdy kto doświadczył choroby nowotworowej, zrobił to po swojemu. A rak odcisnął na zawsze w jego życiu swoje linie papilarne. Z zaciekawieniem poznajemy historie pacjentów, którzy dzieląc się swoimi przeżyciami, pokazują rzeczywistość, jaką staje się życie z nowotworem. Prezentowana wystawa przedstawia kobiety, które opisują swoje historie i mają nadzieję, że inni znajdą w nich wskazówki dla siebie. Każdy choruje inaczej, ale mając za przykład drogę innego pacjenta, można mieć punkt zaczepienia do stworzenia własnej drogi zdrowienia. Te kobiety łączy jedno:
chcą żyć….
szczęśliwie żyć….
jak najdłużej żyć.

nmb_logo ds_logo

Font Resize
Contrast